Prasonisi – najlepsze miejsce do nauki windsurfingu
Prasonisi – kto raz tam pojedzie, co roku chce wracać. Pierwszy raz pojechałam tam, kiedy miałam około 22 lat. Wyjazd był spontaniczny – z dnia na dzień, do pracy. Pracowałam na plaży: wydawałam sprzęt windsurfingowy i uczyłam jako instruktorka. Dni były długie, od 9:00 do 18:30/19:30 – wymagające, fizyczne, w pełnym słońcu.
Rano otwieraliśmy bazę, wywoziliśmy wózki z żaglami i deskami – około 200 żagli i 120 desek, jak nie więcej. W ciągu dnia wydawaliśmy sprzęt, prowadziliśmy lekcje, a wieczorem wszystko myliśmy, chowaliśmy… i szliśmy na wodę – na evening session, gdzie pływaliśmy do zachodu słońca.
Po pływaniu spotykaliśmy się „pod Zenkiem” i debatowaliśmy nad trickami, które nam wyszły albo które jeszcze trzeba dopracować. Kto nie pływał, ten się z nami nudził – rozmowy kręciły się głównie wokół windsurfingu. Potem wracaliśmy spać, żeby rano wstać przed pracą na morning session i znów popływać.
Mieszkałam wtedy w namiocie, żeby budzić się na plaży, razem ze wschodem słońca, i wejść na wodę przed wszystkimi. Uwielbiałam te poranki.
I tak, po 15 latach (a może i więcej), nadal wracam do Prasonisi – żeby popływać, poczuć ten klimat i zabieram Was tam, żebyście mogły doświadczyć tego, co ja 🙂
Co jest takiego niesamowitego w Prasonisi?
Przede wszystkim – to jedna ogromna plaża, na której spotykają się dwa morza: Egejskie i Śródziemnomorskie. Przedzielone pasem piasku tworzą dwa zupełnie różne spoty: jeden z idealnie płaską wodą, drugi z falami.
Druga rzecz to wiatr – równy i stabilny. Nawet jeśli prognoza wygląda słabo, bardzo często się rozwiewa i można dalej pływać.
Dzięki tym dwóm czynnikom w ciągu tygodnia można zrobić niesamowity progres – zarówno w windsurfingu, jak i kitesurfingu.
Po udanym dniu przychodzi czas na jedzenie. Tuż obok Prasonisi znajduje się mała surferska miejscowość Katavia, gdzie większość z nas mieszka. Spotykamy się u Luisa, Babci, Teodora (Eftehia) albo Penelope – wszystkie te miejsca oferują wspaniałą grecką kuchnię: dużo warzyw, świeże ryby, fetę w różnych odsłonach, halloumi pita i wiele innych przepysznych dań.
Jak to w takich miejscowościach bywa – po kolacji życie toczy się na ulicy. Siedzenie na krawężniku, rozmowy i picie wody smakują tam wyjątkowo. We wtorki jedziemy do Gennadi, 15 minut od Katavii, gdzie odbywa się impreza na żywo z wodzirejem Luką – wszyscy tańczą na głównej ulicy i niczym się nie przejmują.
Co jest w tym wszystkim magiczne? Wracasz tam i czujesz się, jak u siebie. Miejscowi Cię poznają, wchodzisz do sklepu, a oni pamiętają Cię z poprzedniego roku i witają z uśmiechem.
Ciężko się od tego miejsca oderwać… ale z drugiej strony – po co, skoro jest tam tak dobrze? Człowiek czuje się wolny, bez ograniczeń – trochę jak kiedyś, na trzepaku. ✨
pozdrawiam,
Ninka