MAM TAK SAMO JAK TY!

„Być kobietą, być kobietą…” – tiaa… Mam takie wrażenie, że my, kobiety, bierzemy na siebie zdecydowanie za dużo. Czujemy odpowiedzialność za wszystko: za dzieci, rodziców, męża czy partnera, za nastroje w pracy. Jak pojawia się jakieś zadanie do rozwiązania, to mamy poczucie, że tylko my możemy je rozwiązać.

Myślę, że większość z nas bierze na swoje barki naprawdę bardzo dużo. Często wynika to z braku pewności siebie i z przekonania, że POWINNYŚMY. A słowo „powinnam” chyba powinno zostać wyrzucone ze słownika.
Powinnam – czyli czuję się winna.
Powinnam jeszcze to zrobić, powinnam jeszcze tamto, powinnam już iść, powinnam, powinnam…

Ciągle pojawia się poczucie winy, że czegoś nie zrobiłam. A może zamiast „powinnam” jest po prostu mogę albo chcę?

Zostałyśmy trochę zaprogramowane na bycie idealnymi. Często nie czujemy się dobrze we własnej skórze – bo tu fałdka, tu siwizna, tu zmarszczka. Za mało pracujesz, za dużo pracujesz. Zajmij się domem, ale miej też dobrze prosperującą firmę. Dzieci na twojej głowie, mąż w złym humorze, trzeba odwiedzić rodziców… Kurczę, nic nie ma w lodówce… A jest już 22:00, więc jeszcze zdążę zrobić trening i wstanę o 5:00 rano, żeby zrobić jogę i śniadanie dla dzieci…

Ale jestem zmęczona.
A może pójdę pobiegać – to mi przejdzie.
Głowa mnie boli…

Mamy wobec siebie ogromne wymagania, bo tak trochę zaprogramował nas świat. Nie chcemy siedzieć w domu z dziećmi, bo przecież trzeba się rozwijać i robić karierę. Chcemy czuć się finansowo bezpieczne – i to jest w porządku. Bo mamy w głowie myśl, że nikt o nas nie zadba. A jeśli pójdę na macierzyński na kilka lat, to mogę pożegnać się z karierą zawodową i kiedy wrócę do pracy, będę zaczynać niemal od miejsca, w którym byłam jako studentka.

Czy nie jest trochę tak?

Nie chodzi mi o bunt. Bardziej o uświadomienie sobie, ile mamy na swoich barkach i ile odpowiedzialności bierzemy na siebie. Chcemy być kochane, zauważone, piękne i wyluzowane. Dążymy do tego, żeby się podobać. Wiemy dobrze, że zdjęcia na Instagramie nie do końca odzwierciedlają rzeczywistość, ale mimo to zakorzeniają się w naszej głowie. I pędzimy dalej, żeby być choć trochę podobne do tej uśmiechniętej kobiety ze zdjęcia.

Więc robimy plan działania: siłownia, bieganie, joga, rozwój duchowy, wyjazdy.
Pierwszy miesiąc idzie super – czuję, że to jest to. Mam więcej siły, jestem uśmiechnięta. Będę boginią, będę silna, będę piękna.

Drugi miesiąc… trochę gorzej. Choroba dzieci, sama nie czujesz się najlepiej… No niech to szlag, plan legł w gruzach. Znowu się cofnęłam. A było tak dobrze. Nie zdążę przygotować się do wyjazdu, miałam być w formie i pięknie wyglądać…

Kolejny miesiąc – załamka.
Jestem beznadziejna…
Ale dobra, jeszcze pocisnę.

STOP.

Zobacz, ile na naszych barkach spoczywa. Ile odpowiedzialności bierzemy na siebie. Ile jest w tym wszystkim presji.

Powiem tak: tak, na kobietach spoczywa dużo. Jesteśmy światłem dla świata i dla naszych rodzin. Widzimy więcej, jesteśmy empatyczne, wrażliwe, pracowite. Potrafimy dużo znieść. Jesteśmy bardzo mocne – tylko często tego nie widzimy.

Uwierz mi, wiem, o czym mówię, bo mam tak samo jak Ty.

Dlatego najważniejszą osobą w Twoim życiu jesteś Ty. Zacznij od siebie. Dbaj o siebie, bo jesteś światłem, które roznosi dobro – ale czasem jest też bardzo zmęczone.

Nie katuj się za to, że nie zrealizowałaś planu, bo cała rodzina była chora i wszystko spoczywało na Tobie. Albo dlatego, że miałaś okres, który zwalił Cię z nóg, a Ty udajesz, że go nie ma i ciśniesz dalej. Niestety, jeśli podczas okresu dowalimy sobie ciężki trening, ciało często odda nam to później ze zdwojoną siłą.

Dbaj o siebie. Bądź dla siebie wyrozumiała. Nie mówię o lenistwie – bo czasem trzeba się sprężyć i kopnąć w tyłek. Mówię o wierze w siebie, o szacunku do siebie, o zrozumieniu, że jesteś cudem, o który należy dbać najlepiej, jak potrafisz.

Wtedy będziesz miała siłę obdarować cały świat swoim uśmiechem.

Bądź wyrozumiała dla siebie, kiedy masz okres albo kiedy po prostu czujesz się gorzej. Nie bierz odpowiedzialności za wszystko. Nie musisz.

Powiem Ci też coś bardzo szczerze – bardzo Cię rozumiem, bo sama się tego uczę. Nie jestem żadnym guru, który robi wszystko idealnie. Ja też jestem przemęczona i też uczę się słuchać swojego ciała. Mój mąż, kiedy przeczyta to, co napisałam, pewnie uśmiechnie się pod nosem i powie: „No właśnie, Ninka”.

Najważniejsze jest zauważenie tego i zrozumienie, że musimy o siebie dbać.

Ostatnio pomyślałam sobie: jak fajnie było, kiedy byłam studentką. Czułam wolność, zabawę, luz… I wtedy pomyślałam, że spróbuję zrobić sobie taki luz w głowie. Zamienić „muszę” na chcę, a „powinnam” na mogę.

Wzięłam głęboki wdech i wydech. Wyobraziłam sobie ten luz z tamtych lat, kiedy wszystko było trochę łatwiejsze i pełne wiary.

I wiesz co?
Pomogło. 🙂

I jeszcze jedno… my, kobiety, trzymajmy się razem. Twoja koleżanka z pracy, przyjaciółka czy sąsiadka często ma dokładnie tak samo jak Ty. Może się uśmiecha, może wygląda na ogarniętą, ale w środku też niesie swój ciężar. Dlatego wspierajmy się, rozmawiajmy ze sobą i bądźmy dla siebie dobre.

Ściskam Was serdecznie,
Ninka 🤍

Spodobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym na: